Dziś jest: Poniedziałek, 20 lutego 2017 | imieniny: Leona i Ludomiła


  

pilski

OSP Kaczory ma nowy samochód

W niedzielne popołudnie, 12 lutego druhowie strażacy, mieszkańcy Kaczor oraz...

chodzieski

Mgła i smog czy nieostrożność?

Takiego karambolu dawno na drogach powiatu chodzieskiego nie odnotowano. Jeden po...

czarnkowsko - trzcianecki

Ferie za jeden uśmiech

  W wieleńskiej edycji Półkolonii wzięło udział 78...

wałecki

Chcieli wyłudzić kredyt

  - Do banku przyszli obaj. Jeden z nich złożył wniosek o przyznanie kredytu...

wągrowiecki

Ratowali, zabezpieczali, pomagali

- Cieszę się, że wasza działalność strażacka jest widoczna i doceniania...

złotowski

Akcja "Wymiana ciepła" również w Złotowie

Złotowianka, Karolina Megger, kiedy usłyszała w mediach ogólnopolskich o...
pilski

2008-09-12 20:07:06

Klub "Łobzonka" rośnie w siłę!

WYRZYSK. W ostatnim czasie, wykonano większą część prac remontowych na obiekcie sportowego Klubu "Łobzonka". Ponadto, na stadionie miejskim zamontowano nowe trybuny. Całość ma służyć dzieciom i młodzieży, krzewiąc i rozwijając ich kulturę fizyczną.


Prezes Klubu "Łobzonka" Edmund Pijanowski: - Remont był konieczny, gdyż musimy spełniać wymogli licencyjne dla rozgrywek w piłce nożnej. W tym celu została odgrodzona widownia od płyty boiska. W dalszej kolejności, odnowiliśmy zaplecze socjalno-bytowe dla zawodników i sędziów. Ponadto na samym obiekcie dokonano szeregu prac remontowych, do których należy zaliczyć: wymianę okien w szatniach i pomieszczeniach socjalnych, jak również ocieplenie części budynku oraz wymalowanie. Dokonaliśmy częściowej wymiany ogrodzenia. Zamontowane zostały nowe trybuny.

Prace remontowe zostały przeprowadzone dzięki wsparciu Urzędu Miejskiego, w szczególności - jak dodaje E. Pijanowski - za przychylnością burmistrz Marii Bratkowskiej i wiceburmistrza Waldemara Wyczyńskiego. Jak również za pomocą środków klubowych. Pomocą służyły m.in. miejscowe firmy: POM Wyrzysk, WSBW Kosztowo, POLPAP Dariusz Pepliński, Spółdzielnia Mieszkaniowa Lokatorsko-Własnościowa w Wyrzysku. Swoim zaangażowaniem przy pracach porządkowych, wykazała się część zawodników Klubu.

*

Klub "Łobzonka" rozpoczął swoją działalność w 1926 roku i jest jednym z najstarszych klubów funkcjonujących na terenie Pomorza i Wielkopolski. Klub należy do Wielkopolskiego Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych w Poznaniu. Jest członkiem Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej w Poznaniu, Pilskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Pile i Wielkopolskiego Związku Tenisa Stołowego w Poznaniu. W Klubie działają dwie podstawowe sekcje: piłki nożnej i tenisa stołowego oraz sekcja lekkiej atletyki (biegi maratońskie, głównie Ewa i Zdzisław Karmelita z Wyrzyska). W sekcji piłki nożnej działają trzy drużyny: seniorów, juniorów i trampkarzy. Zawodnicy sekcji tenisa stołowego występują w trzeciej lidze wielkopolskiej oraz uczestniczą w rozgrywkach indywidualnych na szczeblu województwa. W bieżącym roku, jednym z wiodących osiągnięć było zdobycie brązowego medalu w Mistrzostwach Wielkopolski Młodzików, przez Marka Witczak. Zawodnika przygotowywał trener Krzysztof Pijanowski. Wartym zaznaczenia jest fakt, że zdobywając medal, zawodnik ten był jeszcze "żakiem" - czyli najmłodszym z zawodników w kategorii tenisa stołowego.

Natomiast sekcja piłki nożnej oparta jest na własnych wychowankach i miejscowej młodzieży. Drużyna seniorów i juniorów występuje w A klasie. Trenerem juniorów i seniorów jest Bogdan Garczarek. Z kolei, trampkarzy i tenisistów trenuje, wspomniany już - Krzysztof Pijanowski.

Prezes Klubu "Łobzonka" Edmund Pijanowski: - Klub nastawiony jest na pracę z młodzieżą. W związku z tym, zachęcamy dzieci do zapisywania się do sekcji tenisa stołowego, głównie uczniów szkół podstawowych. Do sekcji piłki nożnej uczniów szkoły podstawowej, a także gimnazjalistów.

Dominika Łoboda



Dodaj swoją opinię


Komentarze są własnością ich twórców. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.


Lew atakuje
Dodał dnia 2016-03-04 11:28:39
tygrys atakuje
Dodał dnia 2015-02-13 21:50:01
tygrys atakuje
Dodał dnia 2015-02-13 21:49:58
tygrys atakuje
Dodał dnia 2015-02-13 21:49:55
tygrys atakuje
Dodał dnia 2015-02-13 21:49:50
Za co??
Dodał dnia 2015-01-13 10:30:00
brawo Bogusia
Dodał dnia 2015-01-12 20:39:56
to nie jest miejsce na ocenę Pani Burmistrz, a tym bardziej, że widzę większe zainteresowanie sportem od poprzedniczki. Oceniajcie raczej Pijanowskiego i zobaczcie pod kogo teraz się podwiesi jako doświadczony PZProwiec.
Dodał dnia 2015-01-11 17:48:37
tak i nie
Dodał dnia 2015-01-11 14:20:28
Masakra i jeszcze raz masakra. Jeden wielki nieudolnie robiony PR i tyle. Kompetencje cieniutkie, wiedza znikoma. W strachu żyje i tym strachem karmi urzędników. Kiepsko to wszystko widzę.
Dodał dnia 2015-01-09 21:13:26
A jak oceniacie Bogusię Jagodzińską?
Dodał dnia 2015-01-07 21:55:34
jest dobrze
Dodał dnia 2014-07-11 09:50:49
już jest dobrze wszystcy się pogodziliśmy
Dodał dnia 2014-05-17 11:12:01
rośnie
Dodał dnia 2013-12-08 20:05:54
komu rosnie?
Dodał dnia 2013-11-04 19:49:48
gratuluję
Dodał dnia 2013-10-13 12:08:33
Prezes ma tak grubą skórę i przekonanie o własnej nieomylności, że pisanie na tym forum z nadzieją, że może to coś zmienić nie ma żadnego sensu.
Dodał dnia 2013-10-03 14:43:03
Prezes ma tak grubą skórę i przekonanie o własnej nieomylności, że pisanie na tym forum z nadzieją, że może to coś zmienić nie ma żadnego sensu.
Dodał dnia 2013-10-03 14:43:00
I jak urósł klub już w siłę
Dodał dnia 2013-09-06 20:53:26
a prezes jest już w PO...
Dodał dnia 2013-04-05 18:31:01
Za siedem dni poczatek rundy w Wyrzysku. Ciekawe jak Prezes przygotuje boisko. Czy będzie tak jak na sparingach? Panie Prezesie teraz moze pan pokazać jaki z pana wspaniały organizator.
Dodał dnia 2013-04-01 08:56:02
a Prezes nie otrzymał odznaczenia?
Dodał dnia 2013-03-22 19:34:02
czytam w Nasz Wyrzysk, że Krzysztof Pijanowski został odznaczony medalem za zasługi WZTS, sądziłem, że pseudo prezes zaproponował Pana Leszka Peplińskiego, który rzeczywiście w znaczny sposób przyczynił się do rozwoju tenisa stołowego w naszym mieście, a młody pijanowski powinien dalej wode zmieniać w basenie... wstyd...
Dodał dnia 2013-03-22 18:11:47
































Dodał dnia 2013-02-27 18:25:30
http://stanowcze-nie.pl/
Dodał dnia 2012-11-16 21:51:16
od czasu pijanowskiego tak rośnie w siłę, że się martwimy.
Dodał dnia 2012-11-11 17:35:35
--------------------------------------------------------------------------------
w Łobzonce nie ma atmosfery i warunków do uprawiania sportu, intrygi i złe zarządzanie przez prezesa i synusia są widoczne w każdym miejscu, ludźcie obudźcie się, młodzi nie wiedzą jak powinno być, dlatego narzekają tylko starsi, to jest zrozumiałe, Pijanowscy żyją z Klubu, udawają dobrych działaczy a pewne kwestie załatwiają w białych rękawiczkach, naprawę sportu i wizerunku Łobzonki należy zacząć od zmiany prezesa, może być tylko lepiej, zapewniam.....
Dodał m dnia 2012-10-28 18:36:30
--------------------------------------------------------------------------------
Panie trenerzy czy Pan pracuje społecznie bo jak tak to ok? jeżeli jest brane sianko to też bym tak chciał nic nie robić a na konto wpada, czy są przed Panem postawione jakieś zadania?
Dodał przyszły terener dnia 2012-10-28 14:31:38
--------------------------------------------------------------------------------
kiedy przegramy niżej niż 5-cioma bramkami?
Dodał dnia 2012-10-28 14:28:38
--------------------------------------------------------------------------------
odejdzie bratkowska to i pijanowski pójdzie w czorty, jedno ich łaczy, trzymają się stołków jak smród gaci, a mówią, że to stanowiska częściowo społeczne.....
Dodał dnia 2012-10-25 12:18:03
--------------------------------------------------------------------------------
Ile musi być jeszcze pobitych rekordów żeby członkowie klubu doszli do wniosku że czas na zmmiany?
Dodał kibic-nie członek AKS dnia 2012-10-14 15:23:46
--------------------------------------------------------------------------------
Stróżewo- AKS -9-0 pobity kolejny REKORD
Dodał dnia 2012-10-14 10:43:49
--------------------------------------------------------------------------------
należy dodać, wiejski bez środków i dobrego gospodarza....
Dodał m dnia 2012-10-14 08:01:31
--------------------------------------------------------------------------------
Witam co słychać w AKS Łobzonka......Amatorski Klub Sportowy,,Łobzonka"
Dodał dnia 2012-10-13 15:31:00
--------------------------------------------------------------------------------
święta prawda......
Dodał dnia 2012-09-04 17:54:23
--------------------------------------------------------------------------------
tutaj już wszystko było napisane niezależnie czy były wygrane czy nie dlatego szkoda czasu na zajmowanie się tym człowieczkiem i tym bezradnym klubikiem bo z klubem sportowym ta czutka nie ma nic wspólnego już od dawna
Dodał dnia 2012-09-04 07:30:11
--------------------------------------------------------------------------------
zaczynają się porażki, pilnuj się pijanosiu bo krytyka tuź, tuź....
Dodał m dnia 2012-09-03 21:53:09
--------------------------------------------------------------------------------
No wkońcu życie wróciło do klubu są obozy i jest OK.
Dodał dnia 2012-07-30 20:23:19
--------------------------------------------------------------------------------
Łobzonka potrzebuje przede wszystkim nowego Prezesa, czyli obrotnego gospodarza...
Dodał m dnia 2012-07-18 08:45:49
--------------------------------------------------------------------------------
lobzonka nie potrzebuje wzmocnieni ma szeroka kadre utalenetowanych mlodych ludzi przeciez zaraz nie musza jako beniamin skonczyc na pierwszym miejscu wazne zeby sie utrzymali
Dodał kibic dnia 2012-06-23 09:22:58
--------------------------------------------------------------------------------
inżynier osobiście kosił trawę na stadionie, kasa się przyda na lato i troszkę paliwa nad morze...
Dodał dnia 2012-06-11 19:18:02
--------------------------------------------------------------------------------
jak to kto??????, inżynier pijanowski !!!!!
Dodał dnia 2012-06-09 16:52:05
--------------------------------------------------------------------------------
ja tez uwazam,ze marcin i krystian mogliby graz w lobonce potrzeba nam dobrze ogranych zawodnikow, ulozyliby gre i w ogole, tylko kto ma sie zajac rozmowami z nimi
Dodał pilkarz dnia 2012-06-09 09:44:40
--------------------------------------------------------------------------------
jak to co się stało, tu już nikt nie interesuje się tenisem, a do tego nikt się nie zna na tym sporcie, do czego doprowadził jeden człowiek i jego synek, jak można było zniszczyć to, na co pracowano przez lata, jestem za likwidacją sekcji tenisa, szkoda dotacji na pensję dla trenera!!!!!!
Dodał dnia 2012-06-03 07:39:04
--------------------------------------------------------------------------------
przepraszam, miało być z III ligi co się stało
Dodał dnia 2012-06-03 00:06:06
--------------------------------------------------------------------------------
tenisiści spadli z II ligi wielkopolskiej , co się stało???
Dodał dnia 2012-06-03 00:05:02
--------------------------------------------------------------------------------
A może po awansie do okregowki zaproponowac powrót takich zawodnikow jak Marcin C. i Krystian Z. Pomogliby duzo druzynie
Dodał Kibic dnia 2012-06-02 16:12:15
--------------------------------------------------------------------------------
pijanowski skosił trawe, dobry z niego chłop, tylko żeby miał troszkę pojęcia o sporcie, ale to się zmienia, tenisiści stołowi chyba wywalczą pozostanie w 3 lidze, to jest jego ogromny sukces.....
Dodał dnia 2012-05-19 15:49:05
--------------------------------------------------------------------------------
pijanowski tak się nadaje na prezesa klubu jak jego przyjaciele, franek, guciu i kukurydza na burmistrza, kto trzyma jeszcze tego człowieka na tym stanowisku?????
Dodał dnia 2012-04-25 14:50:57
--------------------------------------------------------------------------------
ważna jest dotacja, a sport to konieczność.....
Dodał dnia 2012-04-23 20:40:57
--------------------------------------------------------------------------------
tylko pijanowski i nikt inny nie rozwali w tak piękny sposób sport w Wyrzysku, ale co dalej????, czy ktoś, kiedyś, odbuduję dawne dyscypliny, czy warto coś robić z takimi urzędnikami?????
Dodał m dnia 2012-04-19 21:52:27
--------------------------------------------------------------------------------
cały czas na posterunku najlepszy i jedyny prezes
Dodał dnia 2012-04-12 20:50:45
--------------------------------------------------------------------------------
mam pytanie, czy pijanowski jest jeszcze prezesem????, jeżeli nie, to wielu chłopaków bedzie chodziło na sale...
Dodał dnia 2012-04-12 20:03:43
--------------------------------------------------------------------------------
A gdzie się podział film dokumentalny z Youtube o ,,festiwalu" La Scarpa Italiana?????????Tytuł ,,Pizza Po Polsku"
Dodał precz z cenzurą dnia 2012-04-08 18:41:00
--------------------------------------------------------------------------------
edmund zna się tak na sporcie jak jego synuś na kobietach...
Dodał dnia 2012-04-03 20:44:57
--------------------------------------------------------------------------------
NIKT, to jest wytłumaczenie sytuacji w Łobzonce, a pijanowscy nie powinni się zbliżać do stadionu przez najbliższe 30 lat...
Dodał dnia 2012-04-01 19:22:31
--------------------------------------------------------------------------------
a kto w Urzędzie ma pojęcie o sporcie??????, kogo to obchodzi....
Dodał dnia 2012-03-29 22:32:54
--------------------------------------------------------------------------------
Na taką działalność Pijanowskiego jest przyzwolenie i cicha zgoda Burmistrza i Rady Miejskiej.
Dodał dnia 2012-03-29 16:38:21
--------------------------------------------------------------------------------
Wy naprawdę wierzycie w ten kit o długach? Ludzie niech ten pajac skończy z tą gadką bo on po prostu kpi z poprzednich działaczy którzy latami pracowali dla klubu oraz zawodników i zwykłych kibiców. Ten człowieczek do pięt nie sięga poprzednikom
Dodał dnia 2012-03-29 15:07:21
--------------------------------------------------------------------------------
Jak spłacał długi to spłacał także za siebie. Przecież on cały czas był członkiem zarządu i jako kierownik sekcji tenisa stołowego najbardziej przyczynił się do ich powstania. Zapomniał jak walczył o premie dla syna za zdobyte punkty?
Dodał dnia 2012-03-29 08:20:46
--------------------------------------------------------------------------------
pijanowski nie wysłał zawodników na mistrzostwa LZS, gdyż spłaca długi za poprzedników, to jest jego tłumaczenie, a tak naprawdę, to edzia interesuje trawa na stadionie, węgiel i kilometrówka...
Dodał dnia 2012-03-28 22:40:58
--------------------------------------------------------------------------------
Można sprawdzić-http://maki.dreamhosters.com/drupal/content/wyniki-mistrzostw-wielkopolski-zrzeszenia-lzs-2012-objezierze-2503-2012-r-zdj%C4%99cia
Dodał dnia 2012-03-28 18:03:28
--------------------------------------------------------------------------------
Niedawno odbyły się Mistrzostwa Wielkopolski LZS w tenisie stołowym ŻADNEGO przedstawiciela z powiatu pilskiego, żadnego uczestnika z Łobzonki TO JEST PO PROSTU SKANDAL LUDZIE ZA CO TEN KLUB BIERZE DOTACJĘ I TO JESZCZE 8 RAZY WIĘCEJ NIŻ KIEDYŚ TO JEST CHORE.
Dodał SKANDAL dnia 2012-03-28 18:02:16
--------------------------------------------------------------------------------
Jak zwolnią syna i zabiorą kilometrówke to Pijanowski sam odejdzie, bo on jest "działaczem" za pieniądze. Jak nie będzie kasy to nie będzie Pijanowskiego.
Dodał dnia 2012-03-28 12:04:24
--------------------------------------------------------------------------------
pijanowski to żaden działacz, jak pijawka przyczepił się do Łobzonki i kaleczy sport w każdym wydaniu, a bedzie tam siedział, dopóki synuś innej pracy nie dostanie..( kiepskie szanse )
Dodał dnia 2012-03-28 11:50:07
--------------------------------------------------------------------------------
poprzedni działacze kochali sport, pozyskiwali sponsorów, pijanowskiego nikt nie będzie wspierał, nawet nikt nie bedzie z nim rozmawiał, ważna jest praca dla synka i kilometrówka, temat sportu jest mu obcy, dlatego nie można go porównywać do poprzedników, a już na pewno do Pana Peplińskiego, Pan Leszek pewnie by się zawstydził, gdyby porównywano obecnego pseudo prezesa do Niego...
Dodał dnia 2012-03-21 20:42:17
--------------------------------------------------------------------------------
Zapomniałeś wspomnieć o drobnych 22 000 z Profilaktyki Uzależnień więc wynik jest prosty 46.980+ 22.000=68.800. Pytam starszych działaczy za jaką dotację oni robili SPORT przez Duże S bo dzisiaj jest sporcik amatorski
Dodał dnia 2012-03-21 19:39:32
--------------------------------------------------------------------------------
Najwyższą dotację na zadanie ?Wspieranie i upowszechnianie kultury fizycznej? otrzyma Wyrzyski Ludowy Klub Sportowy ?Łobzonka?, który otrzyma 46.980 zł i ma za zadanie upowszechnianie kultury fizycznej w miejscowościach Gminy Wyrzysk: Anusin, Bagdad, Gleszczonek, Karolewo, Klawek, Polanowo, Ruda, Stefanowo, Wiernowo, Wyrzysk, Wyrzysk Skarbowy i Zielona Góra.
Dodał dnia 2012-03-21 18:00:14
--------------------------------------------------------------------------------
Pijanowski już się cieszy, będzie na płace dla syna na cały rok i na kilometrówkę. Zostanie także coś na sport w Łobzonce.
Dodał dnia 2012-03-21 14:42:07
--------------------------------------------------------------------------------
hołota rządzi szkoda gadac
Dodał dnia 2012-03-21 12:46:51
--------------------------------------------------------------------------------
to są jakieś jaja!!!!
Dodał dnia 2012-03-20 18:32:24
--------------------------------------------------------------------------------
ile?????? 70 tyś i na co to pójdzie? kiedyś klub dostawał 10 tyś
Dodał dnia 2012-03-20 18:31:37
--------------------------------------------------------------------------------
To już pewne. Za spaniałe wyniki sportowe i organizację imprez otwartych dla mieszkańców super Prezes Pijanowski otrzymał dotację w wysokości 70 tyś zł. Brawo pani Burmistrz tak trzymać, a Łobzonka będzie rosła w siłę.
Dodał dnia 2012-03-20 10:04:04
Dodał dnia 2012-11-16 13:54:42
powrót debilka, pewnie zapłacił za internet...
Dodał dnia 2012-11-16 13:49:41


Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.


Dodał BIG COME BACK dnia 2012-11-16 12:04:52
od czasu pijanowskiego tak rośnie w siłę, że się martwimy.
Dodał dnia 2012-11-11 17:35:35
w Łobzonce nie ma atmosfery i warunków do uprawiania sportu, intrygi i złe zarządzanie przez prezesa i synusia są widoczne w każdym miejscu, ludźcie obudźcie się, młodzi nie wiedzą jak powinno być, dlatego narzekają tylko starsi, to jest zrozumiałe, Pijanowscy żyją z Klubu, udawają dobrych działaczy a pewne kwestie załatwiają w białych rękawiczkach, naprawę sportu i wizerunku Łobzonki należy zacząć od zmiany prezesa, może być tylko lepiej, zapewniam.....
Dodał m dnia 2012-10-28 18:36:30
Panie trenerzy czy Pan pracuje społecznie bo jak tak to ok? jeżeli jest brane sianko to też bym tak chciał nic nie robić a na konto wpada, czy są przed Panem postawione jakieś zadania?
Dodał przyszły terener dnia 2012-10-28 14:31:38
kiedy przegramy niżej niż 5-cioma bramkami?
Dodał dnia 2012-10-28 14:28:38
odejdzie bratkowska to i pijanowski pójdzie w czorty, jedno ich łaczy, trzymają się stołków jak smród gaci, a mówią, że to stanowiska częściowo społeczne.....
Dodał dnia 2012-10-25 12:18:03
Ile musi być jeszcze pobitych rekordów żeby członkowie klubu doszli do wniosku że czas na zmmiany?
Dodał kibic-nie członek AKS dnia 2012-10-14 15:23:46
Stróżewo- AKS -9-0 pobity kolejny REKORD
Dodał dnia 2012-10-14 10:43:49
należy dodać, wiejski bez środków i dobrego gospodarza....
Dodał m dnia 2012-10-14 08:01:31
Witam co słychać w AKS Łobzonka......Amatorski Klub Sportowy,,Łobzonka"
Dodał dnia 2012-10-13 15:31:00
święta prawda......
Dodał dnia 2012-09-04 17:54:23
tutaj już wszystko było napisane niezależnie czy były wygrane czy nie dlatego szkoda czasu na zajmowanie się tym człowieczkiem i tym bezradnym klubikiem bo z klubem sportowym ta czutka nie ma nic wspólnego już od dawna
Dodał dnia 2012-09-04 07:30:11
zaczynają się porażki, pilnuj się pijanosiu bo krytyka tuź, tuź....
Dodał m dnia 2012-09-03 21:53:09
No wkońcu życie wróciło do klubu są obozy i jest OK.
Dodał dnia 2012-07-30 20:23:19
Łobzonka potrzebuje przede wszystkim nowego Prezesa, czyli obrotnego gospodarza...
Dodał m dnia 2012-07-18 08:45:49
lobzonka nie potrzebuje wzmocnieni ma szeroka kadre utalenetowanych mlodych ludzi przeciez zaraz nie musza jako beniamin skonczyc na pierwszym miejscu wazne zeby sie utrzymali
Dodał kibic dnia 2012-06-23 09:22:58
inżynier osobiście kosił trawę na stadionie, kasa się przyda na lato i troszkę paliwa nad morze...
Dodał dnia 2012-06-11 19:18:02
jak to kto??????, inżynier pijanowski !!!!!
Dodał dnia 2012-06-09 16:52:05
ja tez uwazam,ze marcin i krystian mogliby graz w lobonce potrzeba nam dobrze ogranych zawodnikow, ulozyliby gre i w ogole, tylko kto ma sie zajac rozmowami z nimi
Dodał pilkarz dnia 2012-06-09 09:44:40
jak to co się stało, tu już nikt nie interesuje się tenisem, a do tego nikt się nie zna na tym sporcie, do czego doprowadził jeden człowiek i jego synek, jak można było zniszczyć to, na co pracowano przez lata, jestem za likwidacją sekcji tenisa, szkoda dotacji na pensję dla trenera!!!!!!
Dodał dnia 2012-06-03 07:39:04
przepraszam, miało być z III ligi co się stało
Dodał dnia 2012-06-03 00:06:06
tenisiści spadli z II ligi wielkopolskiej , co się stało???
Dodał dnia 2012-06-03 00:05:02
A może po awansie do okregowki zaproponowac powrót takich zawodnikow jak Marcin C. i Krystian Z. Pomogliby duzo druzynie
Dodał Kibic dnia 2012-06-02 16:12:15
pijanowski skosił trawe, dobry z niego chłop, tylko żeby miał troszkę pojęcia o sporcie, ale to się zmienia, tenisiści stołowi chyba wywalczą pozostanie w 3 lidze, to jest jego ogromny sukces.....
Dodał dnia 2012-05-19 15:49:05
pijanowski tak się nadaje na prezesa klubu jak jego przyjaciele, franek, guciu i kukurydza na burmistrza, kto trzyma jeszcze tego człowieka na tym stanowisku?????
Dodał dnia 2012-04-25 14:50:57
ważna jest dotacja, a sport to konieczność.....
Dodał dnia 2012-04-23 20:40:57
tylko pijanowski i nikt inny nie rozwali w tak piękny sposób sport w Wyrzysku, ale co dalej????, czy ktoś, kiedyś, odbuduję dawne dyscypliny, czy warto coś robić z takimi urzędnikami?????
Dodał m dnia 2012-04-19 21:52:27
cały czas na posterunku najlepszy i jedyny prezes
Dodał dnia 2012-04-12 20:50:45
mam pytanie, czy pijanowski jest jeszcze prezesem????, jeżeli nie, to wielu chłopaków bedzie chodziło na sale...
Dodał dnia 2012-04-12 20:03:43
A gdzie się podział film dokumentalny z Youtube o ,,festiwalu" La Scarpa Italiana?????????Tytuł ,,Pizza Po Polsku"
Dodał precz z cenzurą dnia 2012-04-08 18:41:00
edmund zna się tak na sporcie jak jego synuś na kobietach...
Dodał dnia 2012-04-03 20:44:57
NIKT, to jest wytłumaczenie sytuacji w Łobzonce, a pijanowscy nie powinni się zbliżać do stadionu przez najbliższe 30 lat...
Dodał dnia 2012-04-01 19:22:31
a kto w Urzędzie ma pojęcie o sporcie??????, kogo to obchodzi....
Dodał dnia 2012-03-29 22:32:54
Na taką działalność Pijanowskiego jest przyzwolenie i cicha zgoda Burmistrza i Rady Miejskiej.
Dodał dnia 2012-03-29 16:38:21
Wy naprawdę wierzycie w ten kit o długach? Ludzie niech ten pajac skończy z tą gadką bo on po prostu kpi z poprzednich działaczy którzy latami pracowali dla klubu oraz zawodników i zwykłych kibiców. Ten człowieczek do pięt nie sięga poprzednikom
Dodał dnia 2012-03-29 15:07:21
Jak spłacał długi to spłacał także za siebie. Przecież on cały czas był członkiem zarządu i jako kierownik sekcji tenisa stołowego najbardziej przyczynił się do ich powstania. Zapomniał jak walczył o premie dla syna za zdobyte punkty?
Dodał dnia 2012-03-29 08:20:46
pijanowski nie wysłał zawodników na mistrzostwa LZS, gdyż spłaca długi za poprzedników, to jest jego tłumaczenie, a tak naprawdę, to edzia interesuje trawa na stadionie, węgiel i kilometrówka...
Dodał dnia 2012-03-28 22:40:58
Można sprawdzić-http://maki.dreamhosters.com/drupal/content/wyniki-mistrzostw-wielkopolski-zrzeszenia-lzs-2012-objezierze-2503-2012-r-zdj%C4%99cia
Dodał dnia 2012-03-28 18:03:28
Niedawno odbyły się Mistrzostwa Wielkopolski LZS w tenisie stołowym ŻADNEGO przedstawiciela z powiatu pilskiego, żadnego uczestnika z Łobzonki TO JEST PO PROSTU SKANDAL LUDZIE ZA CO TEN KLUB BIERZE DOTACJĘ I TO JESZCZE 8 RAZY WIĘCEJ NIŻ KIEDYŚ TO JEST CHORE.
Dodał SKANDAL dnia 2012-03-28 18:02:16
Jak zwolnią syna i zabiorą kilometrówke to Pijanowski sam odejdzie, bo on jest "działaczem" za pieniądze. Jak nie będzie kasy to nie będzie Pijanowskiego.
Dodał dnia 2012-03-28 12:04:24
pijanowski to żaden działacz, jak pijawka przyczepił się do Łobzonki i kaleczy sport w każdym wydaniu, a bedzie tam siedział, dopóki synuś innej pracy nie dostanie..( kiepskie szanse )
Dodał dnia 2012-03-28 11:50:07
poprzedni działacze kochali sport, pozyskiwali sponsorów, pijanowskiego nikt nie będzie wspierał, nawet nikt nie bedzie z nim rozmawiał, ważna jest praca dla synka i kilometrówka, temat sportu jest mu obcy, dlatego nie można go porównywać do poprzedników, a już na pewno do Pana Peplińskiego, Pan Leszek pewnie by się zawstydził, gdyby porównywano obecnego pseudo prezesa do Niego...
Dodał dnia 2012-03-21 20:42:17
Zapomniałeś wspomnieć o drobnych 22 000 z Profilaktyki Uzależnień więc wynik jest prosty 46.980+ 22.000=68.800. Pytam starszych działaczy za jaką dotację oni robili SPORT przez Duże S bo dzisiaj jest sporcik amatorski
Dodał dnia 2012-03-21 19:39:32
Najwyższą dotację na zadanie ?Wspieranie i upowszechnianie kultury fizycznej? otrzyma Wyrzyski Ludowy Klub Sportowy ?Łobzonka?, który otrzyma 46.980 zł i ma za zadanie upowszechnianie kultury fizycznej w miejscowościach Gminy Wyrzysk: Anusin, Bagdad, Gleszczonek, Karolewo, Klawek, Polanowo, Ruda, Stefanowo, Wiernowo, Wyrzysk, Wyrzysk Skarbowy i Zielona Góra.
Dodał dnia 2012-03-21 18:00:14
Pijanowski już się cieszy, będzie na płace dla syna na cały rok i na kilometrówkę. Zostanie także coś na sport w Łobzonce.
Dodał dnia 2012-03-21 14:42:07
hołota rządzi szkoda gadac
Dodał dnia 2012-03-21 12:46:51
to są jakieś jaja!!!!
Dodał dnia 2012-03-20 18:32:24
ile?????? 70 tyś i na co to pójdzie? kiedyś klub dostawał 10 tyś
Dodał dnia 2012-03-20 18:31:37
To już pewne. Za spaniałe wyniki sportowe i organizację imprez otwartych dla mieszkańców super Prezes Pijanowski otrzymał dotację w wysokości 70 tyś zł. Brawo pani Burmistrz tak trzymać, a Łobzonka będzie rosła w siłę.
Dodał dnia 2012-03-20 10:04:04
sport to skrót : sprytny pijanowski otumanił radnych tutejszych...
Dodał dnia 2012-03-19 20:34:44
Tak jak platformersy mówią cieszmy się że polska istnieje dzięki nim podobnie dziękujemy ci prezesio że istnieje klub w którym od lat wielu współrządzisz podobnie jak p i o
Dodał dnia 2012-03-17 21:14:39
ale jest płot i trawa, to jest sukces, ręce same klaszczą, a kotłownia przeżywa drugą młodość...
Dodał dnia 2012-03-16 20:19:31
spalił już wszystkie ławki, cała salę z przeciwka, teraz czeka na dotację i dale będzie z Krzysiem i Guciem prowadziła zagładę sportu wyrzyskiego...
Dodał dnia 2012-03-15 20:40:27
był Pan Przykucki, Pan Pepliński, Pan Kotarak, Pan Maćkowski, Pan Ordza, były wyniki, a teraz jest śmieszny pijanowski i nie ma nic...
Dodał dnia 2012-03-14 19:10:32
łubu dubu, łubu dubu, niech nam schrzania prezes naszego klubu, niech schrzania nam -tu mówią kibice naszego klubu
Dodał kibic dnia 2012-03-14 15:19:53
słuchaj edziu, masz może troszkę wapna na działkę?????
Dodał dnia 2012-03-14 11:46:37
ja też dziękuje nasz kolego Prezesie.......... Franek i Gucio!!!!!
Dodał dnia 2012-03-13 16:12:52
prezesie, dziękuje za wszystko, Kukurydza...
Dodał dnia 2012-03-13 13:14:36
Widzę że jest duże zainteresowanie jak chcecie zorganizuję dla moich sympatyków drzwi otwarte i każdy będzie mógł podejść do mojej magicznej szafki i mi zaśpiewać lub złożyć życzenia -UWIELBIAM TO
Dodał dnia 2012-03-12 13:10:30
Gucio śpiewa o 14.00 , Kukurydza o 16.00 , Franek o 18.00 , nagrane teksty prezes puszcza w Urzędzie....
Dodał dnia 2012-03-12 12:06:33
powiem wam że mam w swoim gabinecie magiczną szafę i gucio podchodzi do niej i śpiewa mi moją ulubioną piosenkę niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyyyjeee naaaam.
Dodał dnia 2012-03-11 10:37:39
a i tak wszystkich wykiwam kosztem sportu, jestem najlepszym prezesem w historii klubu, mam poważanie i najlepsze wyniki w Wielkopolsce, spytajcie się Kukurydzy i Gucia, oni potwierdzą moje słowa.
Dodał p-s dnia 2012-03-11 10:28:48
powiem wam jeszcze że jak Tadziu był prezesem a ja v-ce nie płaciliśmy dwa lata zus-u od pracowników i zatailiśmy tę informację na walnym na którym wsadziliśmy na minę W-ka wybierając go na prezesa i w ten sposób spadł mi kamień z serca
Dodał p-s dnia 2012-03-11 09:43:44
a terz napiszę jak nabierałem pracowników na stadionie, przyjmowałem kogo popadnie, bez uprawnień palacza, nie martwiłem się, kotłownia jest w opłakanym stanie, oby tylko nikt nie zawiadomił inspekcji pracy, a i tak powiem, że to Urząd odpowiada za wszystko, a wracając do pracowników, powiem szczerze, że zawsze szukam takich poszkodowanych przez los, obiecuję im dobre pieniążki, później przez kilka miesięcy unikam ich nie odbieram telefonów i w końcu tłumacze, że słabo pracują, że nie dostałem dotacji itp, wypłacam pare groszy i z pyskiem uśmiechniętym opowiadam ile zaoszczędziłem na utrzymaniu obiektów, no Krzysiowi nie potrącam, on bardzo dobrze wykonuje swoją pracę, jest najlepszy, wystarczy spojrzeć na wyniki, teraz czekam na następną wypłate z Gminy, podniosę na pewno pare groszy trenerowi tenisa i będe dalej wduszał kit o złych czasach dla sportu.
Dodał prezes dnia 2012-03-11 06:49:19
no tak, widzę, że już wyszło, do tych długów klubu też się przyczyniłem, byłem wtedy kierownikiem sekcji tenisa, sądziłem, że Krzysiu będzie w czołówce i jakoś to spłacę, ale o tym nie mówcię, wszyscy niech myślą, że to Włodziu i Marek narobili bałaganu finansowego w Łobzonce, co sobie Pani Burmistrz o mnie pomyśli, teraz czekam na dotację, mały remoncik skody i latem wyjazd nad morze z wiernymi zawodnikami i działaczami, Gucia i Kukurydze nie zabiorę, żona źle na to patrzy.
Dodał p-s dnia 2012-03-10 21:36:26
w Poznaniu były mistrzostwa żaków i żaczek dla niewtajemniczonych powiem że najmłodszych kategorii w tenisie stołowym nie wysłałem nikogo i co mi zrobicie
Dodał prezes dnia 2012-03-10 19:40:07
kurdę muszę cały czas wciskać ten kit z długami do których też się przyczyniłem, nie wiem może jeszcze pościemniam ze 3-4 lata a potem wymyślę nowy kit. powiem za klasykiem ciemny lud wszystko kupi.Nie przejmujcie się A klasa będzie a tenis tylko dla synia żeby sobie troszkę dorobił, co zazdrościcie zróbcie sobie klub i też będziecie mieli
Dodał prezes dnia 2012-03-10 19:06:30
a poprzednicy zostawili tylko w klubie bałagan, długi, ja to spłaciłem, zadbałem o obiekty, mam sport na dobrym poziomie i robię wszystko aby sąsiednie kluby były zadowolone z wyników Łobzonki, co do Krzysia, muszę mu zapewnić pracę, a do wpisu poniżej, przecież paliwo idzie do góry, a żona ogranicza wydatki, AC nie będe płacił, liczę każdy grosz, no chyba, że z dotacji.
Dodał dnia 2012-03-10 18:28:17
zostawcie mojego synka w spokoju!!!!on dopiero 5 lat jest trenerem zamierza ukończyć kurs instruktora tenisa i piłki i zaoszczędzimy bo będzie jeden trener do wszystkiego!!!!!!
Dodał prezes dnia 2012-03-10 18:26:44
Piłka nożna też mnie nie interesuje, ale coś musi być bo inaczej nie dostałbym dotacji i nie byłoby na pensję dla Krzysia i na moją kilometrówkę, a AC i OC trzeba zapłacić no i paliwo coraz droższe
Dodał Prezes dnia 2012-03-10 17:22:27
a tenis stołowy już mnie nie interesuje, od czasu jak syn przestał grać, kasy z tego nie mam, a żona patrzy żeby coś przynieść ze stadionu, a po piłce mam puszki i pozostałe środki czystości, a i z kolegami, Guciem, Kukurydzą, Frankiem i Melonem wypijemy zawsze po browarku.
Dodał prezes dnia 2012-03-10 16:45:36
i zostawcie mojego synusia, on studiował i się nie udało, ale na sporcie się zna bo grał w ping ponga...
Dodał dnia 2012-03-10 15:46:37
A tak w ogóle co was obchodzi co się u mnie dzieje to moja prywatna sprawa?Odczepcie się w końcu ode mnie!
Dodał prezes dnia 2012-03-10 11:28:32
mam emeryturę, dobrze dorobię na stadionie, mój synek ma dobrą pensję jako instruktor tenisa, rozwaliłem sport w Wyrzysku doszczętnie, skłóciłem byłych sportowców i działaczy i na dobre zaprzyjaźniłem się z prawdziwymi znawcami sportu: Frankiem, Guciem, Kukurydzą i Melonem...Pozdrawiam "prezes"...
Dodał m dnia 2012-03-10 09:01:27
zwiazku z dobrymi wynikami sportowymi zwiekszami sobie pensje i zapraszAMY NA ZAWODY SPORTOWE gdyz zadowlonie kibicow jest ogromne
Dodał zarzad swiata dnia 2012-03-09 10:38:36
sportu już nie ma w wyrzysku, zostali pijanowscy, którzy są przekonani o dobrej robocie, to nie makrum chłoptasie...
Dodał dnia 2012-03-05 21:54:46
Edziu i Krzysiu, dwie perełki wyrzyskiego sportu..
Dodał dnia 2012-03-02 19:41:00
pijanowski będzie w tej galerii stał zamiast figurki woskowej, obok jego koledzy, kukurydza, gucio, franek i melon.
Dodał dnia 2012-03-01 13:47:14
Pijanowski to taki mniejszy Kim Ir Sen albo Łukaszenka. Dla niego wszystkie funkcie są dożywotnie. Oby tylko z Łobzonką nie było jak z Makrumem. W Nieżychowie ruiny, a w Bydgoszczy gdzie nadal pracuje w miejscu dużego zakładu przemysłowego powstanie galeria.
Dodał dnia 2012-02-29 10:36:19
co tam u pijanowskiego, zgłosił rezygnację????? dałbym na mszę!!!!!
Dodał dnia 2012-02-28 20:38:11
wszyscy pamiętamy poprzednich Prezesów, było różnie, ale za tego obecnego wstydzę się i żal mi patrzeć na pozostałości sportu w Wyrzysku.
Dodał dnia 2012-02-27 16:05:49
Popieram, oczernia poprzedników skłóca wszystkich uważa że sport się zaczął jak on nastał. Czy naprawdę uważacie (pytam tych z roczników 80-85)że prezio to jest ten który powinien nam panować przez następne lata. Bo młodszym to skutecznie wcisnął ciemnogród jak to kiedyś źle było, ale skutecznie unika pozytywów. Czy on sobie nie zdaje sprawy że ten miecz którym wojuje obróci się pewnego dnia przeciw niemu. Zamiast spróbować zjednoczyć środowisko zaprosić aktualnych ludzi którzy chcą działać i byłych działaczy i naprawić to co schrzanił. Ja wierzę w ludzi i że się zmieniają.
Dodał dnia 2012-02-27 10:48:15

Pijanowski jest najgorszym " prezesem " w historii klubu, skłócił wartościowych zawodników i działaczy, a obstawił się przydupasami nieznającymi się na sporcie i niszczy dorobek Łobzonki, do tego jest cwaniakiem, mataczem i krętaczem



Pijanowski zna się tak na sporcie jak Kaczor na polityce, dobiera przydupasów, miernych ale wiernych, a ci za piwko klaszczą i popierają zagładę w sporcie, prawdziwi działacze i sportowcy już się odwrócili od stadionu i ta sytuacja potrwa do zmiany władz, więc pijanosiu nie daj dłużej czekać na przywrócenie dawnej świetności Łobzonki.
Dodał m dnia 2012-02-26 14:50:33



W pełni popieram poniższy wpis. Przecież Pijanowski nie robi tego z miłości do sportu, bo nigdy żadnej dzscypliny nie uprawiał. Sportem zainteresował się wtedy jak synek grał w tenisa i zauważyl, że może być z tego niezłe żródło dochodu. Inaczej dawno by go tam nie było.
Dodał dnia 2012-02-24 17:28:05

Panie Tomku, pijanowski nigdy nic nie robił bezinteresownie, ludzi oszukał na stadionie, za towar w sklepach płacił z półrocznym opóźnieniem, ważna dla niego jest kasa swoja i synusia.
Dodał dnia 2012-02-27 10:41:10
Pijanowski jest najgorszym " prezesem " w historii klubu, skłócił wartościowych zawodników i działaczy, a obstawił się przydupasami nieznającymi się na sporcie i niszczy dorobek Łobzonki, do tego jest cwaniakiem, mataczem i krętaczem!
Dodał dnia 2012-02-26 18:15:28
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:51:53
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:51:20
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:50:52
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:50:20
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:49:44
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:49:12
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:48:35
Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,

Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,

Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,

Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!

Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,

Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!

Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku

Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,

Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha

Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.



Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,

Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.



Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli

I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,

I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,

Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;

Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków

I innych gazet oprócz domowych rachunków!



Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło

Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:

I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,

Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,

Rozpływały się złote, migające pręgi

Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;

I słońce usta sennych promykiem poranka

Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.

Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,

Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo

Odezwały się chorem kaczki i indyki,

I słychać bydła w pole idącego ryki.



Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,

Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy

Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu

Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu

Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,

I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,

Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem

I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,

"Surge, puer!" wołając i ponad barkami

Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.



Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,

Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,

Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;

Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;

Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;

Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,

Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,

Potem biegą i kładą szyje na obroże.

Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.

Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.



Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,

Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;

W środku jechali obok Asesor z Rejentem,

A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,

Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru

Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;

Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;

Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.

Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,

Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.



Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,

Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem

Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,

Wreszcie kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;

Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:

Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,

Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,

Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,

Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;

Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.



Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali

I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;

Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,

A wszyscy obrócili oczy do kamienia,

Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył

I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.

Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli

Asesor i pan Rejent kłusują powoli;

Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,

Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.

Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni

Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.

Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,

Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,

Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie

I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,

Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka

I pod opoką siedział martwy jak opoka.

Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,

Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,

Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:

"Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.



Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.



Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca

Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,

Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,

Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;

Niższe piętra oblała tumanu powłoka,

Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.

Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,

Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:

Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną

Mury odbudowano i znów zaludniono.



Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę

Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.



Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,

Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;

Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,

Marszczkami pooraną, posępną, surową.

Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;

Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,

Gerwazy się odmienił i już od lat wielu

Ani był na kiermaszu, ani na weselu;

Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano

I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.



Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,

Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,

Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.

Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,

Półkozice, i stąd też cała okolica

"Półkozicem" przezwała starego szlachcica.

Czasem też od przysłowia, które bez ustanku

Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";

Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach

Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,

Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.

I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.

Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje

Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,

Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,

I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;

Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,

Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,

Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.



Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,

Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

"Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.



"Cóż dziwnego? - rzekł Hrabia. - Koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.



Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".



Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".



Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.



Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.



"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.



Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli:

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.



Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł:

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".



Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;

Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.



Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala

Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"



"O! - krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry -

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe".

Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

"Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"



Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,

Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;

Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,

Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,

Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie

Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.

Był sad.

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.

Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie

Stoją jakby na straży w szeregach konopie,

Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.

Ich liście i woń służą grzędom za obronę,

Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.

A ich woń gąsienice i owad zabija.

Dalej maków białawe górują badyle;

Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,

Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni

Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:

Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.

W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,

Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,

Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.



Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,

Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..

Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,

Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.

Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,

W majowej zieloności tonąc po kolana;

Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,

Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.

Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,

Od skroni powiewały dwie wstążki różowe

I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;

Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,

Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;

Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania

Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila

Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,

Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.



Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,

Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,

Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.

On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty

Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty

Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,

I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.



Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;

Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni

Podniesione do góry węzłowate sznurki:

"Ogórków chcesz Waść? - krzyknął. - Oto masz ogórki.

Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie

Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".

Potem palcem pogroził, kaptura poprawił

I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.

Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;

Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie

Nie było jej; mignęła tylko śród okienka

Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.

Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,

Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,

Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,

Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.

A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony

Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,

Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał

I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.



Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.

Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,

Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie

Za nim stali. - Aż w cichym i samotnym domie

Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,

Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:

Był to znak, że wracali goście z polowania

I krzątała się służba około śniadania.



Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,

Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;

Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,

Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,

Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,

Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;

Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku

Panny szeptały z sobą; nie było porządku,

Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.

Była to w staropolskim domie moda nowa;

Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał

Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.



Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.



We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:

Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,

Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,

O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;

Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski

Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.

Panna Wojska włożywszy okulary sine,

Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.

W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,

W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach:

Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,

Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,

Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;

Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni

Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny

Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,

Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;

Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;

Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,

Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,

Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,

Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony

I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.



Wojski stary od izby do izby przechodził,

Po obu stronach oczy roztargnione wodził,

Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę

I widać, że czem innym zajętą miał głowę;

Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,

Duma długo i - muchę zabije na ścianie.



Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami

Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;

Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,

Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:

Że ciocia Telimena jest bogata pani,

Że nie są kanonicznie z sobą powiązani

Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,

Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,

Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice

Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;

Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,

Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;

Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem

Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,

Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.

Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.

Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;

A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.



Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,

Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,

Że polowanie nasze udać się nie może:

Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże

I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;

Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.

Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,

Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;

Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa

I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa

Polować tak jak u nas, bez żadnego względu

Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,

Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,

Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;

Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,

Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,

Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą

Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,

Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,

Że cywilizacyja większa u Moskali,

Bo tam o polowaniu są ukazy cara

I dozor policyi, i na winnych kara".



Telimena, ku lewej iźbie obrócona,

Wachlując batystową chusteczką ramiona,

"Jak mamę kocham - rzekła - Hrabia się nie myli.

Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,

Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów

Godna pochwały czujność i srogość urzędów.

Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!

Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!

Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?

Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.



Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,

To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).

Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,

Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,

Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.

Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.

Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie

Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;

Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,

Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!

Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu

Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,

Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,

I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.

Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło

Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.

Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,

Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka

Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!

Miałam ją w podarunku od księcia Sukina

Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,

Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.

Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji

Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.



Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;

Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło

Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,

Pyta się o przyczynę tak złego humoru.

Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;

Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.

- krzyknął Kiryło piorunowym głosem -

Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?>>

Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,

Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.

Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem

Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.



Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:



Policmajster powinność służby swej rozumiał,

Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał

I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,

By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.

Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi

Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;

Skończyło się, że charty poszły na powrozy,

A czynownik na cztery tygodnie do kozy.

Zabawiła nas cały wieczor ta pustota;

Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,

Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;

I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".



Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści połyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,

I rzekł śmiejąc się:

"Niech tam sobie, kto chce, chwali

Niemców cywilizacją, porządek Moskali;

Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów

Prawować się o lisa i przyzywać drabów,

By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;

Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:

Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa

I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;

I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,

Że po jarzynach albo po życie pochodzą;

Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".



Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,

Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.

Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę

Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,

To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,

Często chłopi talara w przydatku dostali;

Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,

Jeśli..."

Resztę dowodów pana ekonoma

Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma

Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,

Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.



Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,

Pamiętali o sobie. - Rada była pani,

Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;

Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.

Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,

I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy

W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,

Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;

Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie

I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.



Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka

Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.



Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi

Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;

Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,

Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,

Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,

A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą

Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,

Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.

Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,

Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,

Że one tym są muchom, czem dla roju matki,

Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.

Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski

Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski

I trzymali inaczej o muszym rodzaju;

Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:

Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.

Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;

Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,

Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;

Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,

Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,

Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;

I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.

Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,

Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;

Uderzyły się mocno oboje w uszaki,

Tak że obojgu sine zostały się znaki.



Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa

Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa

Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.

Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,

Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,

A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,

Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,

Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;

Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,

Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.

Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty

Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.

Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę;

Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,

Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:

Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści.



Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali

I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,

Unieśli młodą parę stojącą na progu,

Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.



Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy

Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,

Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;

Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:

Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.

Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,

Gdy już sobie gestami grozili szermierze,

On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze

I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne

Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,

Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu

I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;

Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami

I "Pax, pax, pax vobiscum! - krzyczał - pokój z wami!"



Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:

Przez szacunek należny duchownej osobie

Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie

Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.

Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,

Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,

Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;

Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem

Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.



Tymczasem

Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony

Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony

Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,

Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą

I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,

Tam uciszając machał swą placką ze skóry;

Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry

Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.



"Uciszcie się! - powtarzał. - Miejcie też baczenie,

Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,

Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?

Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,

Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,

Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,

Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!

Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,

Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.

Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;

Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,

A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.

Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?

Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,

Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,

Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?

Terajewicza znałem, co idąc na dziki,

Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!

Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.

Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!

Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?

Oto obrali sędziów i zakład stawili.

Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;

Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!

I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem

I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.

Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,

Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;

Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,

A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.

Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił

Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;

I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".

To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.



"Konia - zawołał Rejent - stawię konia z rzędem

I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,

Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".

"Ja - rzekł Asesor - stawię me złote obroże,

Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,

I smycz tkany, jedwabny, którego robota

Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.

Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,

Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował

Książę Dominik, kiedym z nim razem polował

I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem

Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.

Tam - bezprzykładną w dziejach polowania sztuką

Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.

Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;

Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;

Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,

Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,

A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,

Rzekł: .

Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa

Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".



Telimena, znudzona zbyt długimi swary,

Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;

Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,

Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;

Kto łaska, proszę za mną" - rzekła, koło głowy

Obwijając czerwony szal kaszemirowy;

Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,

A drugą podchyliła do kostek sukienkę.

Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.



Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.

Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,

A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!

Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,

Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;

Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,

Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".
Dodał dnia 2012-02-26 16:48:10
Pijanowski zna się tak na sporcie jak Kaczor na polityce, dobiera przydupasów, miernych ale wiernych, a ci za piwko klaszczą i popierają zagładę w sporcie, prawdziwi działacze i sportowcy już się odwrócili od stadionu i ta sytuacja potrwa do zmiany władz, więc pijanosiu nie daj dłużej czekać na przywrócenie dawnej świetności Łobzonki.
Dodał m dnia 2012-02-26 14:50:33
W pełni popieram poniższy wpis. Przecież Pijanowski nie robi tego z miłości do sportu, bo nigdy żadnej dzscypliny nie uprawiał. Sportem zainteresował się wtedy jak synek grał w tenisa i zauważyl, że może być z tego niezłe żródło dochodu. Inaczej dawno by go tam nie było.
Dodał dnia 2012-02-24 17:28:05
Panie Tomku, pijanowski nigdy nic nie robił bezinteresownie, ludzi oszukał na stadionie, za towar w sklepach płacił z półrocznym opóźnieniem, ważna dla niego jest kasa swoja i synusia.
Dodał dnia 2012-02-24 17:06:18
ludzie nie macie co robic czy wy kiedys zrobiliscie cos bezinteresownie idzcie posprzat wokol wlasnego domu a nie tylkolobvzonka krzzycie i zadzierajcie gardla na meczach a nie na forum

Dodał Menel dnia 2012-02-24 08:56:57
pijanowski powinien przejść szkolenia i staż u Pana Peplińskiego, wtedy może by coś łapał, o co w tym sporcie chodzi...
Dodał dnia 2012-02-23 18:24:14
jak fajnie pisać anonimowo bo to ośmiela a tak nie umiecie słowa powiedziec bo nigdy sami nic nie zrobiliscie
Dodał patrzy z boku dnia 2012-02-23 12:34:26
kolejny sukces Łobzonki w tym sezonie, węgiel jest na stadionie!! Tyle krytyki, a pijanowski trzyma się klubu, brak wstydu z jego strony, brak samokrytyki, oportunizm!!
Dodał dnia 2012-02-22 14:22:12
Do wklejającego spójrz w lustro i powiedz ale jestem bursk ale powiedz sobie też że wszystko się kończy i ty też wylecisz kwestia czasu
Dodał dnia 2012-02-21 20:11:43
tak myślę co łączy pijanowskiego z Panem Tadeuszem, ten pierwszy to miernota, a drugi klasyka. Edek i Krzysiu zagłada Łobzonki.
Dodał dnia 2012-02-19 19:16:14
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 18:01:26 Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 17:57:25 Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 17:56:38 Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 17:56:06 Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,
Dodał dnia 2012-02-19 18:07:51
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 18:01:26
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.



Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.



"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".



Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.



Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.



Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.



W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.



Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.



Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.



O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.



Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.



Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.



Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.



Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:



"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".



To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:



"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."



Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:



"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!



"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!



Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.



"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"



"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".



Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."



Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą

Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.



Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;

Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,

Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;

Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,

Suknię materyjalną, różową, jedwabną,

Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki

Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki

(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty

Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.

Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,

W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,

Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,

Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu -

Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,

Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.

Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,

Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,

Jako osóbki, które na trzykrólskie święta

Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.

Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,

Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:

Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,

Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;

Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,

A potem między rzędem siedzących i stołem

Jak bilardowa kula toczyła się kołem.

W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;

Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,

Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu

Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.

Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła

Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,

Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek

Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek

Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki

Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.



Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.

Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,

A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,

Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.



Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki

Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,

Niepodobna wieczerzy na później odkładać:

Goście głodni, chodzili daleko na pole;

Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".

To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu

O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.



Gdy tak były zajęte stołu strony obie,

Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:

Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem

Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.

Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;

Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku

Usiadła owa piękność widziana w pomroku.



Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,

Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.

I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,

A u tej krucze, długie zwijały się sploty.

Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,

Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.

Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,

Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;

Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,

Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;

U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;

W wieku może by była największa różnica:

Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,

A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;

Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,

Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,

Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,

A niewinnemu każda kochanka dziewicą.



Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,

Miał za dozorcę księdza, który go pilnował

I w dawnej surowości prawidłach wychował.

Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne

Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,

Ale razem niemałą chętkę do swywoli.

Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli

Używać na wsi długo wzbronionej swobody;

Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,

A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.

Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.



Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;

Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,

Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;

Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,

Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,

I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek

Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.



Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety

Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.

Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,

Jego ramiona silne, jego pierś szeroką

I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,

Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:

Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął

I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.

Również patrzyła ona, i cztery źrenice

Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.



Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania;

Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;

Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,

Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:

O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,

I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,

By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.



Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,

W pół godziny już byli z sobą poufali;

Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.

W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:

Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;

Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,

Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,

Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.



Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,

Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła

Na partyję Kusego bez litości wsiedli:

Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.

Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,

A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:

Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował

I gestami ją bardzo dobitnie malował.

(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,

Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).

Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,

Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,

Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.

Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem

Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki

Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;

Wyczha! poszli, a zając jak struna - smyk w pole,

Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole

I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),

Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;

Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,

Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;

Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,

Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;

Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,

A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,

Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy

Cap !!" - tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,

Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony

I "cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.

Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem

Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,

Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,

Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,

Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem

Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,

I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.



Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:

"Prawda - rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,

Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."

"Chwytny? - krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny

Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu

Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,

Żałował, że go tylko widział idąc z lasu

I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.



Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,

Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.

Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy

Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,

Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,

Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.

Tak dowcipne żarciki umiał komponować,

Iżby je w kalendarzu można wydrukować:

Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,

Schedę ojca swojego i majątek bratni,

Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;

Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.

Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,

Już to że odgłos trąbki i widok obławy

Przypominał mu jego lata młodociane,

Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;

Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,

I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.

Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,

Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:



"Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...

Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?

Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.

Choć pani Telimena mieszkała w stolicy

I bawi się niedawno w naszej okolicy,

Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:

Tak to nauka sama z latami przychodzi".



Tadeusz, na którego niespodzianie spadał

Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,

Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...

Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.

"Wiwat!" - krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił

I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:

Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,

A w środku jej był portret króla Stanisława.

Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,

Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;

Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;

Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.

On rzekł:



"Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!

Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,

Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję

I posiedzenie nasze na jutro solwuję,

I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.

Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.

Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,

I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,

I pani Telimena, i panny, i panie,

Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;

I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".

To mówiąc tabakierę podawał starcowi.



Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,

Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,

Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,

Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.

On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył

W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;

Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,

I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:



"O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!

Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,

Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie

Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?

Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!

Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,

Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary

I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,

I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,

A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.

Nikt go na polowanie uprosić nie może,

Białopiotrowiczowi samemu odmówił!

Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?

Piękna byłaby sława, ażeby pan taki

Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!

Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim

Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,

A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów

Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;

Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki

Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!

Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,

Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;

Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze

I na konikach małe goniły panicze

Przed oczami rodziców, którzy te pogonie

Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!

Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy

Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,

Że nie mogę na takie jechać polowanie

I nigdy na niem noga moja nie postanie!

Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha

Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".



Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.

Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;

Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,

Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,

A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.



Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,

A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,

Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:

Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha

Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.

Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać

O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;

Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy

Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,

Urządzając we dworze izby do spoczynku.

Starsi i damy spały we dworskim budynku,

Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,

W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.



W pół godziny tak było głucho w całym dworze

Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;

Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.

Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:

Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę

W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.

Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,

Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,

I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,

Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.



Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,

Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,

Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;

Pas taki można równie kłaść na strony obie:

Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.

Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;

Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:



"Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?

Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,

Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.

My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,

I mimo całą strony przeciwnej zajadłość

Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.

Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,

Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;

Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:

Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".



Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,

Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,

Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,

Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.

Była to trybunalska wokanda: tam rzędem

Stały spisane sprawy, które przed urzędem

Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał

Albo o których później dowiedzieć się zdołał.

Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,

Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.

Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,

Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,

Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,

Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,

Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia

Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia

Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,

I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;

I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,

W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;

Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła

Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" woła.

Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału

Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.



Takie były zabawy, spory w one lata

Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata

We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,

Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,

Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,

Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,

Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,

W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor

Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,

Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu

Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów

Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,

Które broniły Litwę murami żelaza

Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.



Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,

Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,

Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,

Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.

Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy

Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,

Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,

Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała

Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,

Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał

I dziwniejsze od baśni historyje gadał.



On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski

Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,

Jak on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;

Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu

I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów

Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;

Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,

Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie

Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju

Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.



Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;

Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,

Lasami i bagnami skradał się tajemnie,

Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie

I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,

Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia

I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"

Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,

Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,

Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,

Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;

Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,

I dobra, które na skarb carski zabierano.



Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru

Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,

Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;

Tam stała wypisana i liczba żołnierza,

I nazwisko każdego wodza legijonu,

I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.

Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina

Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;

Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,

Po kim była żałoba, tylko zgadywano

W okolicy; i tylko cichy smutek panów

Lub cicha radość była gazetą ziemianów.



Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:

Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;

Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina

Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna

Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze

Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.

Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,

Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni

I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;

Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.

Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,

Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.



Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami

Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",

To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,

Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,

I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem

Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;

Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.

Spraw także politycznych był Robak świadomszy

Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowem mieście;

Miał pełno interesów: to listy odbierał,

Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,

To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,

Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą

Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał

I okoliczne wioski dokoła wydeptał,

I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,

A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.

Teraz Sędziego, który już spał od godziny,

Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.
Dodał dnia 2012-02-19 17:57:25
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.



Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.



Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.



Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.



Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.



Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.



Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.



Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;